Unijna reforma prawa autorskiego ACTA 2 trafiła pod głosowanie Parlamentu Europejskiego 12 września 2018 roku. Została przegłosowana 438 głosami na kolejny etap wdrożenia dyrektywy w sprawie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym.

Kontrowersyjna treść dyrektywy zmieniająca rynek nowych technologii, internetu, wydawców czy dziennikarzy to tylko dwa punkty w całości, jednak dość istotne. Celem Acta 2 jest odpowiednie dopasowanie realiów prawa autorskiego do rzeczywistości cyfrowej.

W początkowej fazie, która miała miejsce w lipcu bieżącego roku Parlament Europejski dyrektywę o prawach autorskich odrzucił w obecnym kształcie jednak obecnie po głosowaniu 12 września została ona przegłosowana.

Co budzi takie kontrowersje?

Artykuł 11 omawianej dyrektywy daje uprawnienie do pobierania tzw. „podatku od linków” tzn, że skoro wydawca czy też nawet bloger wstawi na własną stronę internetową źródło i link do niego wówczas autor (źródło) będzie mógł mieć do właściciela roszczenie do należytego wynagrodzenia za to, że powołujemy się na niego w własnej treści zgodnie z prawem autorskim i prawami pokrewnymi. Lekko jest to niesprawiedliwe, bo patrząc z jednej strony pisząc teksty powołujemy się na źródła, jednak jest to oczywiste, przynajmniej takie było. Podanie źródła to nie tylko szacunek dla drugiej strony ale również wielokrotnie doskonałą reklama – szczególnie, jeżeli jest to młody artysta. Oczywiście, artysta, twórca itd mogą sobie tego nie życzyć i owszem należałoby rozważyć to również z takiej perspektywy. Prawo autorskie ma chronić wszelkie utwory i samych twórców w odniesieniu do ich prac. Dlaczego więc nie powinni pobierać opłat za własną pracę? Warto tu wspomnieć co oznacza „należyte wynagrodzenie” – bo o tym żaden artykuł krytykujący ACTA 2 nie wspomina, tylko powołuje się, że ktoś będzie chciał pieniądze za link. Za należyte wynagrodzenie uznaje się takie, które jest adekwatne do danego naruszenia. W zależności od tego jak link zostanie użyty, ile jest wejść na daną stronę, czy jest ona popularna, czy też nie, czy jej cel jest naukowy czy np. komercyjny, wszystko te informacje i wiele innych będą brane pod uwagę, aby ocenić jakie wynagrodzenie będzie odpowiednie dla danego „źródła”.

Bez wątpienia jest to rewolucja, która wprowadza zamieszanie i chaos wśród mediów. Szczególnie wobec mediów, które do tej pory bez większego problemu powoływały się na linkowaniu treści chronionych prawem autorskim jak rownież ich ruch odbywa się za pomocą linkowania – czyli standardowym działaniom na które jest nastawiona prawie każda strona internetowa. Lęk budzą plotki polegające na tym, że każdy z właścicieli stron internetowych, aby pojawić się w wyszukiwarkach – bo przecież te składają się głównie z linków do stron – będzie musiał wystosować odpowiednie bezpłatne licencje dla wyszukiwarek czy portali społecznościowych. Dyrektywa w prawdzie wprowadza lekką konsternację, natomiast warto pamiętać o tym, że nie taki wilk zły jak go malują. Z jednej strony mamy właścicieli platform, a z drugiej autorów różnych treści. Autorów,którzy wielokrotnie ciężko pracują nad daną treścią. Jak wspomniał rzecznik prasowy Komisji Europejskiej Margartis Schinas:

„Mam nadzieję, że młodzi Europejczycy także usłyszą naszą wersję – zaznaczył Schinas. – dyrektywa nie jest wymierzona w użytkowników YouTube czy inne platformy internetowe, ale ma wzmacniać pozycję właścicieli praw autorskich w negocjacjach z dużymi platformami internetowymi, które zarabiają na treściach użytkowników. Youtuberzy i użytkownicy innych platform „będą mogli nadal wrzucać do sieci swoje tutoriale albo inne kreatywne treść”

Artykuł 11 jest artykułem, w mojej ocenie dającym autorom pewne udogodnienia, których wcześniej nie mieli, albo mieli ale ich egzekwowanie było znacznie utrudnione. Drugim artykułem budzącym kontrowersje jest artykuł 13 dyrektywy, który nakłada na właścicieli serwisów, dostawców internetu odpowiedzialność prawną za treści jakie wrzucają ludzie do internetu. Jednym słowem jeżeli ktoś wrzuci do sieci zdjęcie, które nie jest jego, albo skorzysta z darknetu, czy też będzie wrzucał treść, która jest zabroniona prawem to właśnie te serwisy i dostawcy internetu będą musiały te treści blokować. Bez wątpienia sprawa bulwersuje. Szczególnie w kwestii prawa do prywatności, bowiem każdy operator czy też dostawca serwisu będzie monitorował wszelkie treści jakie przeglądają ich użytkownicy, czytelnicy, klienci, aby w odpowiednim czasie zareagować i zablokować daną treść. Z jednej strony to bulwersuje, z drugiej strony patrząc na sprawę związaną z cyberprzestępczością i tym jakie treści dziś trafiają do młodych ludzi i jak łatwo do tych treści jest się dostać warto się zastanowić nad innym rozwiązanem tego problemu.

Nikt nie podejmuje tematu jak wielkim problemem jest cyberprzestępczość oraz jak wielkim problemem jest cyberbullying. Z jednej strony obawiamy się ograniczeń w sieci i braku prywatności, ale z drugiej strony użytkownicy sami doprowadzają do tego, że nie posiadają tej prywatności, publikując wszędzie swoje prywatne zdjęcia, upubliczniając życie prywatne na serwisach społecznościowych, pobierając aplikację, które wykorzystują ich dane w różnych celach. Otwieramy się na nowe technologie nie widząc jakie zagrożenia one za sobą niosą. Chcemy, aby wszystko było szybko i jak najbardziej ułatwione, jednak mało kto zdaje sobie sprawę jak wiele szkód może spowodować np. Wrzucenie świadectwa szkolnego z numerem pesel na portale społecznościowe jako ogólnie dostępne dla wszystkich.

Patrząc na to z innej strony, dostawcy będą posiadać legalne narzędzia, które będą monitorowały każdy ruch w sieci, zatem nasuwa się pytanie czy nie jest to zbyt daleka ingerencja w prywatność. Zgodnie bowiem z artykułem 8 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka – 1. Każdy ma prawo do poszanowania swojego życia prywatnego i rodzinnego, swojego mieszkania i swojej korespondencji.

2. Niedopuszczalna jest ingerencja władzy publicznej w korzystanie z tego prawa z wyjątkiem przypadków przewidzianych przez ustawę i koniecznych w demokratycznym społeczeństwie z uwagi na bezpieczeństwo państwowe, bezpieczeństwo publiczne lub dobrobyt gospodarczy kraju, ochronę porządku i zapobieganie przestępstwom, ochronę zdrowia i moralności lub ochronę praw i wolności osób.

Pewne sprzeczności, ale formuła „z uwagi na bezpieczeństwo państwowe, bezpieczeństwo publiczne” daje do myślenia w kontekście powyższej tematyki związanej z cyberprzestępczością czy cyberbullying-iem. O ile potrafię zrozumieć jaki jest cel tego artykułu, o tyle zastanawiają mnie technologiczne rozwiązania wykorzystywane przez dostawców – dostawcy treści w serwisach mogą ustawić blokowanie pewnych treści czy też zwrotów, zdań, materiałów o konkretnych parametrach przypisanych przez algorytm, który automatycznie będzie blokował taką treść, o tyle rozwiązania dostawców telekomunikacyjnych dają już dużo do myślenia.

Jednak nasuwa się myśl inna, a mianowicie skoro przedsiębiorca prowadząc działalność, która jest co do zasady nastawiona na zysk i skoro mają do niego zastosowanie przepisy odpowiedzialności na zasadzie ryzyka zgodnie z kodeksem cywilnym dlaczego nie chce ponosić odpowiedzialności za to co robi. Jakby nie patrzeć, prowadzenie strony internetowej to również odpowiedzialność za treści jakie się dostarcza, dlaczego więc bulwersuje fakt ponoszenia odpowiedzialności za treści umieszczane przez innych użytkowników na stronie, na której dany przedsiębiorca zarabia i wielokrotnie, dzięki danym treściom dostarczanym przez użytkowników przedsiębiorca pozyskuje dodatkowych czytelników, klientów a strona jest lepiej pozycjonowana itd..

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *